Polka w siedmiomilowych butach!

vector-polonii-page-012

Wszyscy teraz się czymś chwalą – artykuły dla Travelera, National Geographic, tytuły „bloga roku”. Wszędzie dookoła same sukcesy.

To i ja się pochwalę – co z tego, że było to w roku 2014 a o Vectorze Polonii słyszalo niewielu? Otóż…popełniłam kiedyś do tejże gazety artykuł, który z dumą prezentuję poniżej.

Jaki blog – taka celebrytka.

Miłego!

              vector-polonii-page-012vector-polonii-page-013

„Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej…”
R. Kapuściński

Dlaczego autostop?
Na początku było to jedyne rozwiązanie między moim dawnym miejscem zamieszkania, a przystankiem autobusowym oddalonym o 4 km, i do którego – jeśli nie posiadało się samochodu, nie było żadnego dojazdu. Poza tym, by dojechać do miasta autobusy jeździły bardzo rzadko – dlatego zatrzymywałam jadące samochody. Byłam jeszcze bardzo młoda, nie miałam prawa jazdy, nie chciałam ciągle prosić rodziców o podwiezienie… Następnym etapem było przemieszczanie się po Polsce. Zauważyłam wtedy, że autostopem docieram wszędzie za darmo i szybciej niż autobusem i pociągiem – często opóźnionym i z przesiadkami. Spodobało mi się zwiedzanie przy tak minimalnym budżecie, i tak się to wszystko zaczęło. Ruszyłam w świat.

Czasem zastanawiam się co sprawia mi większą przyjemność, bycie w drodze czy dotarcie do celu? Lubię „łapać” stopa za stopem lub siedzieć godzinami w jakimś miejscu czekając, ucząc się cierpliwości i pokory, cieszyć się tym, że jestem w podróży, że ktoś mnie zabrał, że pokazał mi ciekawe miejsca. Każdy autostop jest inny. Czasem zmienia nasze plany. Sam w sobie jest celem, bo często nie wiesz dokąd jedziesz. Wybierasz Chorwację, a „lądujesz” w Wenecji, do Barcelony jedziesz przez Paryż, a z Londynu wracasz przez Genewę i Wiedeń… Słowo plan nie istnieje. Musisz brać to, co samo przychodzi. Gdy ktoś Cię zaprasza – jedziesz, gdy chce Ci coś pokazać – zwiedzasz. Zaczynasz mieć inne cele niż kariera itp. Poznajesz nowe możliwości. Wszystko wydaje się możliwe do zrealizowania, od kursów jogi w Indiach, po zostanie szamanem w Ameryce Południowej lub życie z „bycia w drodze”, pisania o tym, robienia zdjęć…

Zazwyczaj w podróż wyruszam z zupełnie obcą mi osobą, a wracam z przyjacielem. Trzeba być gotowym na przebywanie razem non stop, często w bardzo skrajnych sytuacjach. Ma się też wiele czasu na długie rozmowy, co bardzo zbliża. Autostopowicze są jak rodzina. Jeśli spotkamy się w trasie, zawsze możemy na siebie liczyć i rozmawiamy tak jakbyśmy się znali od lat.
Gdy mam ochotę na podróż wrzucam na mój facebookowy profil pytanie w stylu: „Chorwacja w długi weekend?”. Jeśli znajdzie się chętny znajomy to jedziemy razem. Jeśli nie, szukam towarzysza na forach lub stronach dla autostopowiczów. Z osobą, której nie znam staram się spotkać minimum dwa razy przed podróżą. Chociaż miałam już taką sytuację, że z jednym z nieznajomych spotkałam się już w trasie. Wybierając się na ASR (Auto Stop Race) do Barcelony wrzuciłam na forum wpis: „Jadę sama, do zobaczenia w Barcelonie!” dodając mój numer kontaktowy. Po chwili odebrałam telefon słysząc w słuchawce: „Nigdzie sama nie jedziesz wariatko! Czekam na Ciebie we Wrocławiu!”. Tak poznałam „Śpiewaka”, z którym do tej pory się przyjaźnię. Nie jeżdżę sama. Mając towarzystwo czuję się o wiele bezpieczniej, poza tym lubię dzielić z kimś wszystkie radości podróży: widoki, rozmowy, przygody… Na kilkumiesięczną samotną podróż nie czuję się jeszcze gotowa, ale myślę o tym.

Autostop daje możliwość poznawania nowych kultur i zwyczajów. W Albanii zaproszono nas na nocleg do pana generała, który przedstawił nam swoją rodzinę oraz własne zdanie na temat konfliktu bałkańskiego. Na Ukrainie, każdy spotkany człowiek, wszystko chwalił, bo bał się mówić otwarcie, o tym co dzieje się w jego kraju. W Szwajcarii, w pięknym drewnianym domku w górach, gościł nas Marokańczyk, który ugotował dla nas pysze francuskie danie ratatouille. Przez Słowenię przejechaliśmy z Bośniakami, którzy pili piwo za piwem, a my zastanawialiśmy się czy uciekać już, czy może dopuszczalne spożycie alkoholu podczas jazdy jest tu aż tak zawyżone?

Trzeba być otwartym na nowe smaki. Gdy ktoś doi na Twoich oczach kozę, by od razu poczęstować Cię jej świeżym mlekiem lub siedzi pół wieczora nad jeziorem, by nałapać raków na kolację – nie możesz odmówić. Innym razem to mi dano cebulę, pomidory i kawał barana prosząc, abym ugotowała coś polskiego. Wymieszałam wszystko jak umiałam, a na pytanie o nazwę dania odpowiedziałam, że to bigos! To jedna z zalet takich podróży – nigdy nie wiesz co i kto Cię spotka. Bardzo to lubię!

Podróżując autostopem od razu widać różnicę między zachodnią i wschodnią gościnnością. W krajach mniej rozwiniętych wiele osób chętnie zabiera autostopowiczów, do tego koniecznie chcąc ich ugościć i odnosi się wrażenie, że obowiązuje ogólna zasada: „gość w dom Bóg w dom”. Dość łatwo „łapie się” stopa na Zachodzie i na Bałkanach. Trudności miałam w Hiszpanii i we Włoszech. Najgorzej do tej pory było w Czechach. Natomiast w krajach skandynawskich jest to praktycznie niemożliwe.

Kierowcy są różni. Nie ma reguły ich wyboru. Zatrzymują się osoby starsze i młodzież, kobiety podróżujące samotnie i rodziny z dziećmi. Są to często osoby, które same tak podróżowały, inne są zainteresowane tym „bardzo dziwnym zjawiskiem” i wypytują o wszystko, są też tacy, którzy chcą po prostu pomóc. W Czarnogórze, jeden z kierowców odbił z drogi, by pokazać nam Starą Maslinę – jedno z najstarszych na świecie drzew oliwnych, którego wiek szacuje się na ponad 2 tysiące lat. W Kosowie natomiast inny kierowca, specjalnie dla nas wziął dzień wolny w pracy, by pokazać nam najciekawsze okoliczne miejsca.

Z samochodami też bywa różnie, zatrzymują się i te luksusowe i tzw. antyki. Czasem zdarzy się traktor, czasem przyczepa pełna zwierząt… Oczywiście używam również innych środków transportu. Autostop ma być przyjemnością, więc jeśli jestem zmęczona, przesiadam się na pociąg lub kupuję bilet na lokalny autobus. Nigdy nie zapomnę przejażdżki koleją na Krym. Poznałam wtedy wielu wspaniałych ludzi i była to jedna z moich najsmaczniejszych podróży. Zapadł mi w pamięć smak potraw sprzedawanych przez babuszki na peronach i podawanych przez okna – pielmienie, czebureki, gołąbki, barszcz, smażone bakłażany i cukinie. Pychota! Na Ukrainie przejazd marszrutką to obowiązkowy punkt programu. Natomiast w Maroku zdarzyło nam się jechać na przyczepie razem z bykiem i stadem kóz…

Jak „złapać stopa”? Ilość sposobów na zatrzymanie samochodu jest nieograniczona. Na początku wystawia się standardowego kciuka bądź kartkę z nazwą punktu docelowego. Jednak im dłuższy czas oczekiwania tym większa kreatywność – można skakać, tańczyć, testować różne miny i uśmiechy, bądź bawić się w kukiełkę – czyli jedna osoba animuje drugą i „nią macha”. Prawdopodobieństwo zatrzymania kogoś raczej się nie zwiększa, ale znacznie poprawia się humor.

Wiadomo, że autostop nie jest najbezpieczniejszym „środkiem transportu”. Co do kierowców to wierzę, że zatrzymują się Ci uczciwi. Ryzyko z ich strony jest takie samo jak moje – też nie wiedzą kogo zabierają. Na pewno nie wsiadłabym sama do auta, w którym jest kilku podejrzanie wyglądających mężczyzn. Czasem najmilszy dziadek może okazać się „zagrożeniem”. Bywało i tak, że w momencie, w którym z koleżanką wyciągałyśmy plecaki z bagażnika samochodu, kierowca rozbierał się do naga i wtedy trzeba było szybko brać nogi za pas. W Mołdawii, zupełnie nieświadomie rozbiłyśmy namiot na terenie wojskowym, gdzie wśród pól arbuzów była ukryta baza. Zaczęto nas gonić. Nie opiszę strachu jaki wtedy czułam widząc ich wielką broń. Jednak gdy dowiedzieli się, że jesteśmy turystkami zabrali nas do bazy, nakarmili, dali kilka arbuzów na drogę… W Kuzniecowsku chciałam zrobić zdjęcia elektrowni. Przyjechało wojsko, przystawili mi do brzucha karabin, musiałam oddać aparat, z którego wyciągnęli film. W Maroku, podczas zbierania kaktusów zostałam okradzina ze wszystkiego. Zostałam bez pieniędzy i dokumentów. Udałam się autostopem do Casablanki – najbliższego konsulatu, ale tam oprócz tabliczki „Konsulat Polski” nic nie ma! Musiałam kontynuować podróż do Rabatu (temat pomocy Polakom za granicą zostawię na inny artykuł). Oczywiście sytuacja nie była śmieszna, ale zrozumiałam, że równie ciekawe jest podróżowanie bez niczego. Nie martwi się wtedy o nic, nie boi złodziei, a dzięki uprzejmości mieszkańców z biednego, okradzionego autostopowicza, stajesz się mieszkanką Hotelu Plaza w Casablance. Czasami takie podróżowanie daje nam atrakcje jakich nigdzie – jako zwykły turysta, nie znajdziemy lub słono za nie zapłacimy, jak np. spanie w jaskni przy tureckiej plaży, czy pod murami rzymskiego Koloseum. Jednak przeważnie śpimy w namiocie, który zabieramy ze sobą. Myjemy się na stacjach bezynowych. Jedzenie często zabieramy z domu, a potem dokupujemy na trasie. Kiedy docieramy do danego kraju i go zwiedzamy, często śpimy u kogoś z couchsurfingu i jemy lokalne potrawy. Gdy się taki ktoś nie znajdzie to dalej śpimy w namiocie i gotujemy na turystyczej kuchence lub robimy ognisko…

Pisząc ten artykuł jestem w trasie do Sarajewa. W planach na następne kilka lat mam zdobycie funduszy na kilkumiesieczną lub kilkuletnią podróż po świecie. Chciałabym pomieszkać trochę w Azji, zrobić kurs jogi, przejechać motorem Amerykę Południową, wypożyczonym autem Stany, a koniem Mongolię. Ale również posłuchać ukraińskich pieśni, doznać gruzińskiej gościnności, posmakować miliona potraw. Trochę tych planow mam… Czy kiedyś przestanę podróżować? Myślę, że nie, bo tak jak napisał R. Kapuściński… to choroba nieuleczalna.

Honorata Tymiec
Vector Polonii, sierpień 2014

Dodaj komentarz

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial