Listy z Rwandy

12369941_914831391906014_1563329167_o

Póki co czekam na Światka i nie mogę ruszyć się z domu, ale moje serducho podróżuje daleko, oj daleeeeko!

 Kiedy otworzyłam skrzynkę na listy i znalazłam w niej list z Rwandy rozpłynęłam się ze szczęścia. Czytałam z zapartym tchem o tym kraju, przygodach, ludziach. Nie mogłam się nimi z Wami nie podzielić (oczywiście za zgodą autorki!)  🙂

Przed Wami opowieść mojej przyjaciółki Emilki, która zrezygnowała z pracy i wyjechała na kilkumiesięczny wolontariat do Rwandy po to by pomagać niewidomym dzieciom. Przeczytajcie! Warto 🙂

Od kilkunastu lat marzyłam o misji/wolontariacie gdzieś, gdzie moja praca będzie miała sens, gdzieś daleko od Polski. W maju podjęłam decyzję o wyjeździe, zrezygnowałam z pracy i zaczęłam szukać miejsca. Na początku nie chciałam mówić ludziom o moim planie, bo po co skoro jeszcze nic nie wiedziałam. Nie chciałam też robić z tego wielkiej tajemnicy, więc jak ktoś pytał to odpowiadałam… I bardzo dobrze! Ludzie dowiadując się że szukam miejsca, dawali mi kontakty do swoich znajomych, do córki siostry swojego brata która gdzieś była itp.

W taki właśnie sposób dostałam kontakt do Weroniki, która była w Afryce. Nic więcej nie wiedziałam. Zadzwoniłam do niej i dowiedziałam się, że była w ośrodku dla niewidomych dzieci w Rwandzie, uczyła ceramiki.

Życiem niewidomych interesuję się bardzo od kilku już lat, miałam z niewidomymi dość duży kontakt. A o Rwandzie, dokładnie o ludobójstwie, moja siostra pisała pracę licencjacką, przez co sama przeczytałam ze dwie książki i zaraziłam się tym tematem.

Te dwie informacje dały mi pewność, że moja praca tutaj jest potrzebna i na pewno nie pójdzie na marne. Poza tym to ośrodek prowadzony przez siostry, przez co wydał mi się bezpiecznym miejscem. Intuicyjnie poczułam, że to właśnie tutaj chcę być. Miałam jeszcze kontakt z jakimiś fundacjami, kilka innych miejsc do sprawdzenia, ale po rozmowie z Weroniką nic innego mnie już nie interesowało. Napisałam długaśnego maila do siostry Rafaeli (z ośrodka w Rwandzie) i kiedy drugiego dnia dostałam pozytywną odpowiedź aż fruwałam ze szczęścia!:) Później kupno biletów, szczepienia, wiza, waliza, kilka niezaplanowanych sytuacji po drodze, no i jestem. I wiem, że podjęłam dobrą decyzję i to jest miejsce w którym miałam się znaleźć. Wiadomo, jestem tutaj dla dzieciaków ale też dla siebie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ośrodek dla niewidomych dzieci.

Jestem w południowej części Rwandy, w Kibeho, w ośrodku dla niewidomych dzieci. Ośrodek prowadzony jest przez Siostry Franciszkanki. Założycielką jest siostra Rafaela, która przyjechała do Rwandy w 2006 roku a ośrodek rozpoczął działalność w 2008, kiedy przyjęto pierwszą grupkę dzieci. Rok później otwarto szkołę. Na początku dzieci było ok 15, wtedy była to pierwsza szkoła dla niewidomych dzieci w całej Rwandzie. Teraz poza naszą szkołą jest jeszcze jedna. Jest to dowód na to, że rząd rwandyjski zaczął się interesować osobami niewidomymi.

W chwili obecnej w ośrodku poza siostrą Rafaelą są jeszcze cztery siostry, a dzieci jest ok. 160!!!

Siostry są naprawdę niezłe!! Pracują codziennie od świtu do późnej nocy, jak mróweczki, nie narzekając na nic, z uśmiechem na ustach, zawsze z dobrym słowem. Ich silna wiara jest źródłem niesamowitych sił! Bardzo mnie to fascynuje! I to super, że mam możliwość „podglądania” ich codzienności i mogę im pomagać.

Mamy tutaj sześć klas szkoły podstawowej i trzy klasy ponadpodstawowej, z internatem. Dzieci są z całej Rwandy, jest też jedna dziewczynka z Burundi i dwóch chłopców z Kongo. Założenie jest takie, że ośrodek przyjmuje najuboższe dzieci. Są dzieci niewidome całkowicie, ale też niedowidzące. Za niewidome uznaje się te dzieci, które nie są w stanie pisać długopisem (ok. 2/3), reszta to dzieci słabowidzące. Niektóre są sierotami wychowywanymi przez ciocie, wujków czy innych członków rodziny. Są też dzieci odrzucone przez rodziny, niektórymi z nich zajmują się na przykład sąsiedzi. Często jeszcze w domu zastaje się je w strasznych warunkach – brak wzroku uważa się za klątwę i bardzo źle się te dzieci traktuje, czasami jak zwierzęta. Dzieci w ośrodku mają całodobową opiekę, uczą się pisać, czytać (czego zazwyczaj rodzice nie potrafią), uczą się samodzielności w codziennych czynnościach. W szkole mają te same przedmioty co dzieci w szkołach dla pełnosprawnych, zdają też te same egzaminy państwowe. Jedyną rzeczą wyróżniającą naszą szkołę są pomoce naukowe przeznaczone dla dzieci niewidomych (brajlowskie pomoce dydaktyczne). Najmniejsze dzieci mają 4 latka, najstarsze 19.

Ośrodek zatrudnia ok, 70 osób z Kibeho i pobliskich wiosek. Kilkoro z pracowników przyjechało tutaj specjalnie dla pracy z dalszych rejonów Rwandy, żyją z dala od swoich rodzin. Część pracowników to nauczyciele, animatorzy, reszta to osoby które pracują w kuchni, ogrodzie, pralni, stróże, kierowca itp.

To chyba największa pomoc dla miejscowych – stanowiska pracy. Nie słyszałam o jakiejś innej pomocy lokalnej społeczności. Głównym źródłem utrzymania są sponsorzy więc często pieniędzy jest za mało. Poza tym część dzieci jest objęta programem adopcji serca, no i w miarę możliwości rzeczy wykonane przez dzieci sprzedaje się na kiermaszach (np. wyroby ceramiczne czy dziewiarskie).

Władze Rwandy cieszą się z ośrodka. Jakiś czas temu sam prezydent Rwandy odwiedził nas tutaj. Ze strony rządu jest zainteresowanie ośrodkiem, dość często zdarzają się wizyty rządowe. Natomiast dla miejscowej ludności ośrodek cały czas jest trochę jak obca planeta. Ludzie nie dowierzają, że niewidome dzieci zdają egzaminy państwowe, zdaniem większości osoba niewidoma nie może być wartościowym członkiem społeczeństwa. Ich zdaniem tacy ludzie mają jedną przyszłość – żebranie. Nie mają pojęcia o edukacji osób z niepełnosprawnością wzroku, wydaje się to dla nich niemożliwe.

Zwykły dzień

Ludzie wstają ze wschodem słońca, kładą się z zachodem. Większość z nich zajmuje się pracą na roli (hodowla krów, kóz), część z nich ma małe plantacje (np. banany, słodkie ziemniaki, kapusta, marchewka, sorgo, trawa, fasola, maniok, kukurydza), z których zbiory zanoszą na targ i sprzedają. Niektórzy są zatrudnieni np. na plantacjach kawy czy herbaty, przy wypalaniu węgla drzewnego, w szkołach, na misjach, w urzędach, w transporcie (np. bardzo tutaj popularne motorki-taksówki) czy prowadzą własne małe interesy jak np. sklepy.

Część dzieci pomaga rodzicom w polu, część zajmuje się młodszym rodzeństwem.

Jedzą jeden posiłek dziennie – wieczorem.

Uderzająca tutaj jest bieda. Dla mnie osobiście niewyobrażalna, podejrzewam , że dla większości europejczyków podobnie. Domki w których żyją ludzie to małe, proste chatki zbudowane z gliny i cegieł wypalanych na słońcu, z okienkiem i drzwiami. Miałam okazję być w środku jednej z nich ( co ogólnie się tutaj raczej nie zdarza, miejscowi wstydzą się wpuszczać białych do środka więc z reguły tego nie robią). Ściany i na zewnątrz i w środku – surowe, nic na nich nie ma poza kilkoma plakatami zdobytymi nie wiem gdzie. Meble w pomieszczeniu w którym byłam – prostokątny stół i dwie długie ławki. Kuchnia jest po drugiej stronie domu, na zewnątrz. Na gołej ziemi, pod daszkiem z jakiejś trzciny znajduje się palenisko z kilku kamieni. I to wszystko. W domkach tych nie ma prądu więc o godzinie 19 całe Kibeho jest prawie zupełnie ciemne. Świeci się tylko kilka punktów misyjnych. Nasz świeci najmocniej. A o 5 rano można spotkać pierwsze zaspane twarze, ludzi z kanistrami maszerujących leniwym krokiem po wodę do miejscowego źródełka, czy kobiety lub dziewczynki z motykami.

Kiedyś jedna z Sióstr opowiedziała mi historię, jak to musiała wybrać się w odwiedziny do domu jednej z uczennic. Przyjęto ją na zewnątrz, gdzie były ustawione trzy wyplatane fotele i mały stolik. Okazało się później, że w domu nie było żadnych mebli i rodzice dziewczynki pożyczyli te krzesła i stolik od sąsiadów, żeby godnie przyjąć siostrę…

Rwanda i ja

Byłam raz sama na mszy w kościele tutejszym parafialnym. Na cały, ogromny kościół byłam jedynym białym człowiekiem. Wszyscy się na mnie GAPILI. Gapienie się na nas, białych jest tutaj na porządku dziennym. Gdziekolwiek byśmy się nie pokazały – ludzie tutejsi się na nas gapią. Jak mijamy się na drodze, to zatrzymują się, odwracają za nami i patrzą. W kościele odwracają się w ławkach, i to nie tak na chwilkę, tylko po prostu, odwracają się i oglądają. Patrzą na nasze stopy, paznokcie, buty, łydki, ubranie, na twarz, na zegarek, na każdy szczególik. Trwa to dłuuugo i ich to nie krępuje, po prostu sobie białego oglądają. Czasami jak się złapie ich spojrzeniem to uśmiechną się delikatnie i spuszczą wzrok. Ale nie wszyscy. Drażni mnie to strasznie! Ale staram się podejść do tego z uśmiechem i nie denerwować, bo nic to przecież nie da. Sama mam czasami ochotę gapić się bez końca na piękne, ciemnoskóre kobiety w tych kolorowych, afrykańskich szatach, wyprostowane, dumne, z losem wyrytym w twarzy, piękne!! Ale zerkam tylko ukradkiem, nie chcąc ich krępować. 😉

Ciągle czekam na dzieciaki które wrócą z wakacji. Póki co jest z nami trójka dzieci, przez pierwszy miesiąc była czwórka: Clementine i Teogene, którzy nie pojechali do domu ponieważ są świeżo po operacji oczu i siostry muszą ich doglądać i jeździć z nimi na kontrole, Albert, którego rodzina nie chciała, i na początku była jeszcze Didianka, której mama po nią po prostu nie przyjechała nie dając przy tym znaku życia, a jak po kilku dniach udało się z nią skontaktować to tłumaczyła się brakiem pieniędzy na podróż (gdzie siostry rozwożą dzieciaki do większych miast w całej Rwandzie!). Didianka została więc w ośrodku, czasami popłakując przetrwała miesiąc. Mama zadzwoniła, że chciałaby zabrać Didi do domu i tym razem się udało. Dzieciaki które zostały to właściwie bardziej młodzież : Albert ma prawie 19 lat, Teogene chyba 16 a Clementine 12. Są zbuntowani i z reguły ciężko mi złapać z nimi dobry kontakt. Ale czasami się udaje:) Ubieraliśmy razem choinkę. Małą, sztuczną choinkę przywiezioną ze stolicy, z chińskiego sklepu. Jest tam prawie wszystko tylko ceny są baaaardzo wysokie. Okazało się, że dzieciaki nigdy nie widziały choinki! Musiałam im wytłumaczyć i pokazać do czego służą bombki, jak je zawiesić. Dzieci były w szoku że lampki świecą. Dla mnie to niezłe doświadczenie po 25 Bożych Narodzeniach, wszystkich z wielką choinką z lasu, obwieszoną obficie czym się da;p

SAM_0090

Nie mogę się doczekać, aż wróci reszta dzieciaków (150!) i zacznę z nimi zajęcia. Będę mieć z nimi zajęcia z makramy, o czym wiedziałam przed przyjazdem, będę z Dorotą (wolontariuszką, z którą dzielę pokój) w przerwie między śniadaniem a lekcjami uczyć maluchy angielskich piosenek (siostra Rafaela bardzo się na to ucieszyła bo podobno dzieciaki w kółko śpiewają religijne pieśni w kinyarwanda, do tego ciągle te same i nawet siostry mają ich już dosyć) i ostatnią rzeczą, która jest dla mnie zaskoczeniem jest wyplatanie koszyków z trawy. Są one bardzo charakterystyczne dla Rwandy, nie wiem, może dla całej Afryki. Na pewno tutaj sporo osób się tym zajmuje i często takie koszyki można spotkać w sklepach czy na targach. To bardzo dobre zajęcie dla niewidomych bo po skończeniu szkoły mogłoby by to być źródłem pieniędzy. Podobnie zresztą jak makrama. Jest kilka dziewczynek które potrafią te koszyki wyplatać, mają mnie nauczyć, a ja mam uczyć inne dzieci i mobilizować wszystkich do wyplatania:) Bardzo mnie to cieszy bo to fajna umiejętność.

12356060_914830731906080_1845111648_o

Często też myślę o dzieciakach z Kibeho, które zawsze spotykamy jak tylko wyjdziemy poza mur naszego ośrodka. Biegną do nas całą bandą, ile sił w nogach, krzycząc „abazungu!! abazungu!!” („biali!! biali!!”), rzucają się na nas i ze słodko-błagalnymi minkami mówią „bombo bombo!” (cukierek, cukierek!”). Są przyzwyczajone, że zawsze biali dają im cukierka, lizaka czy nawet chusteczkę higieniczną jeśli nie mają słodyczy, co dzieci też baaaardzo cieszy. Ba! One są szczęśliwe nawet jak da im się na rączki po dwie kropelki pachnącego żelu dezynfekującego. Wcierają w te brudne rączki i wąchają, wąchają, wąchają, przeszczęśliwe!:) Brudne rączki, obszarpane, brudne ubrania, zazwyczaj te same, buty na nogach mają tylko co niektórzy (ciekawostka: tutaj ludzie zanoszą plastikowe klapki, takie, które u nas pewnie kosztują kilka złotych, do „szewca”, który je szyje, żeby dłużej służyły) nosy zazwyczaj zasmarkane, na głowach często grzyb. Ale przy tym wszystkim są rozbrykane jak to dzieci, w mig wchodzą we wszystkie zabawy jakie im proponujemy, szczerzą się, uśmiechają, wygłupiają wspaniale! Ich wygląd nie przeszkadza w tym, żeby wziąć je na ręce, zbić pionę czy przytulić. Myślałyśmy z dziewczynami żeby tym dzieciakom skombinować jakieś ubrania, ale póki co nie mamy takiej możliwości.

Ciekawostki/zwyczaje:

*Rwandyjczycy są bardzo rozgadani, ale przy tym bardzo skryci, nie lubią objawiać emocji, wręcz nietaktem jest odsłaniać się z tym co się czuje.

*Kiedy urodzi się dziecko nie pokazuje się go od razu, tylko po ok. tygodniu. Czeka się czy przeżyje.

*Nie lubią swoich włosów, co bogatsi noszą peruki. Peruka to symbol wysokiego statutu. Kobieta w peruce jest uważana za bardziej zadbaną.

*Msza trwa 2-3 godziny, czasami nawet dłużej. Podczas mszy bardzo dużo śpiewają, klaszczą przy tym i tanecznie podrygują. W procesji z darami można zobaczyć np. papier toaletowy, plastikowe krzesła, miotły, worki z ziemniakami, proszek do prania, mydło;)

*Papier toaletowy jest w ogóle rarytasem. Jak jest jakieś święto to obwijają nim drzewa, na przykład w kościele u nas we wsi, przed bożonarodzeniową szopką były dwa liście bananowe z łodygami owiniętymi właśnie papierem:)

*Zakładają na siebie to co mają, a że zazwyczaj nie mają za wiele i pewnie często nie to co by chcieli zakładają ubrania, których przeznaczenia nie znają, np. w kościele można spotkać człowieka w szlafroku. Co ciekawe, we wszystkim im do twarzy, większość ma ładne, smukłe ciała na których byle szmatka ładnie się prezentuje,

*Mimo, że Rwanda jest producentem kawy, to Rwandyjczycy jej nie piją. Uważają, że im szkodzi.

* Rodzice często zapisując dzieci do szkoły nie znają dokładnej daty ich urodzenia, podają np. pora deszczowa 2013

*Jeśli jakaś para chce wziąć ślub to rodzina chłopaka musi zapłacić rodzinie dziewczyny krową lub 400 tys. franków rwandyjskich (ok. 2000zł). Jeśli tego nie zrobi – ksiądz nie udzieli ślubu.

Epilog

I jeszcze jedno muszę napisać. Przed wyjazdem, miliard osób mówiło mi: „Po co tam jedziesz?” , „Stanie ci się tam krzywda!” , „To dzicy ludzie, inaczej myślący, zgwałcą cię tam albo zabiją. Jesteś głupia że to robisz!”, „Powinnaś skupić się teraz na zawodzie, to niebezpieczne.” itp.

Na początku jednym uchem wpadało, drugim wypadało.

Ale… po jakiejś 30 takiej rozmowie naprawdę zaczęłam się bać, schizować, że coś mi się złego stanie.

Miałam też w głowie pozytywne słowa najbliższych osób, które rozumiały moją potrzebę i decyzję i wspierały mnie na 102! I ich starałam się trzymać!

Jestem tu 1.5 miesiąca, nie miałam żadnej nieprzyjemnej sytuacji. Oczywiście nie jestem głupia, wiem w jakim kraju jestem i przestrzegam „zasad bezpieczeństwa”. Nie wychodzimy na wioskę gdy jest ciemno, raczej nie chodzimy nigdzie same, uważam co jem, co piję itp. I jest ok, czuję się bezpiecznie. I baaardzo się cieszę, że tu jestem, wiem że to dobra decyzja. Mimo, że często tęsknię jak cholera.

12343431_914831685239318_2038454170_o

6 Comment

  1. ewa says: Odpowiedz

    Emilko, z zaciekawieniem przeczytałam twój dziennik z Rwandy….jesteś niezwykle odważna, podziwiamy Cię! Wszystko jest wtedy, kiedy nic dla siebie! Serdeczności moc z mazurskiej strony 🙂

  2. Świetna relacja, aż dech zapiera czytając to wszystko. Mam nadzieję, że taki pamiętnik ukaże się kiedyś w formie książki. Ps. Mój ulubiony fragment to ciekawostki i o tym, jak się gapią na białych. Pozdrawiam serdecznie i mocno trzymam kciuki!!

  3. Odważna dziewczyna i bardzo ciekawa relacja.
    Aż z ciekawości poczytałam sobie więcej o tym kraju. 🙂

  4. Elżunia says: Odpowiedz

    Aż mi łezka pociekła. Piekna osoba,piękna opowieść!

  5. Marta says: Odpowiedz

    Super Emilka, jestem w szoku że sie odważyłaś, trzymam kciuki i zazdroszcze takiej przygody!!! 🙂 Zając 🙂

  6. […] dzieci w Rwandzie.  Jeśli nie czytaliście pierwszej części, możecie się z nią zapoznać o tutaj ! 🙂 […]

Dodaj komentarz

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial