Jak przeżyć na Teneryfie za pół darmo. Hipisujemy.

WP_20170204_16_33_06_Pro

Zamieszkaliśmy ze Światem na plaży hipisów.

Tak jak 2 lata temu w jamajskim getcie przyglądałam się życiu jego mieszkańców, zmieniałam o nim zdanie z dnia na dzień i odkrywałam kolejne dna, tak teraz podglądam tę plażę.

Dostać się tu można przez góry i wąwozy – trasą piękną, ale dosyć długą i męcząca, szczególnie kiedy dźwiga się plecak i dziecko 😉 lub drugą, krótszą, prowadzącą stromymi schodami od strony miasta, a schodzącą dość stromym urwiskiem w stronę plaży. Miejscowi świat, który zaczyna się za schodami nazywają Babilonem. My oczywiście żyjemy w Syjonie.

Babilon to wszystkie 5 stars hotels dookoła, restauracje z niemieckim menu na pierwszej stronie i knajpy „1 euro pint beer”, jakby nie mogli zwyczajnie napisać – jarra.

Syjon to trzy zatoczki, trzy różne plaże. Pierwsza, dosyć skalista to ta, na której mieszka najwięcej osób. Zamieszkują jaskinie, w których urządzili sobie piękne mieszkanka, szałaso-domki zbite z desek, poprzykrywane liśćmi palm i namioty, tak jak my. Po tym gdzie kto mieszka można często ocenić jego staż w mieszkaniu na plaży.

Na pierwszą plażę przychodzi się tak, jak opisałam powyżej. Aby dostać się na drugą trzeba pokonać kolejne wzgórze a potem spuścić się po linie. To na tej plaży żyją i spędzają czas nudyści. Golasy hipisi i golasy turyści, głównie starsi Niemcy, Anglicy. Na trzeciej plaży mieszka młodzież – dzieci, które usłyszały o plaży hipisów i przyjechały tu na wakacje, czasem zupełnie nie przygotowane. Zdarza się, że nie mają namiotów, śpiworów, misek, nic. Hipisi z wioski opiekują się młodymi i pomagają im przetrwać. Pewien starszy hipis, zwany przez wszystkich Papi prowadzi tam „bar”. Kiedy mu się chce idzie rano do miasta po piwa, pomarańcze i banany i sprzedaje to popołudniami w swoim szałasie. Jest to opcja ratująca wiele osób, które ta plaża wciąga tak bardzo, że nie są w stanie się ruszyć godzinami, czasem dniami. Papi sprzedaje piwo za 1,5 euro – ale tylko osobom, które mówią do niego po angielsku lub… przychodzą ubrane. Reszta płaci euro 🙂 Poza tym to właśnie Papi poświęca najwięcej uwagi młodym. Ostrzega ich przed sztormami, mówi skąd wziąć wodę czy jak stworzyć sobie naczynia z pustych butelek.

Pomiędzy trzema plażami pobudowane są tipi, zamieszkane jaskinie, zza skał słychać dźwięki bębnów, gitar, ukulele, przeszkadzajek wszelkiego rodzaju. Świat lubi przysiąść sobie co jakiś czas przy jakiejś chatce i pograć na instrumentach. Dziś dostał od mijających nas osób coś bardzo wyjątkowego. Zabawkę ręcznie robioną, którą należy uderzać o ziemię, wtedy 11 ludzików, z których każdy trzyma jakiś instrument zaczyna grać. Jest zachwycony.

Świat grający na bębnie
Świat grający na bębnie

Plaża działa jak magnes. Każdy przyjeżdża tu na dzień, dwa i zostaje na długie tygodnie, miesiące, lata.

Najbardziej wytrwali hipisi mają domy z olbrzymimi panelami słonecznymi, pełną elektrycznością. W jednym z nich jest nawet solidna djka,z której od rana do wieczora puszczana jest przeróżna, w moim odczuciu dobra, muzyka.

Wieczorami mamy koncerty na żywo. Płoną ogniska, schodzą się wszyscy z instrumentami i koncertują do późnej nocy. Skład orkiestry codziennie się zmienia – raz są to ukulele, bębny i grzechotki, innym razem akordeon, tamburyno. Najczęściej jednak (nazwijmy go ) Daniel, ze swoim przepitym głosem, którym idealnie odtwarza dźwięki didgeridoo. Śpiewa napisaną przez siebie piosenkę po szwedzku i robi to nawet wrażenie, gdy słucha się go po raz pierwszy zanim nie  przejdzie na angielski. Gdy można zrozumieć tekst, w którym  po prostu wychwala siebie jako boga zachwyt opada, przynajmniej mój 🙂 Poza tym ekhm… on jeden nie ustaje w koncertowaniu żadnego wieczora 😀

Każdy mieszkaniec oprócz tego, że  musi zdobyć wodę, dostarczyć jakoś pożywienie, ugotować (głównie na ognisku), wyprać, wykąpać się (morze, prysznice solarne lub te w miasteczku) pracuje. Wszyscy zarabiają oczywiście na ulicy. Grają, mimują, tańczą, robią bańki, tworzą łapacze snów czy biżuterię. Każdy co rano wychodzi (a przynajmniej co wieczór twierdzi, że rano pójdzie 😉 ) do pracy, rozkłada gdzieś na mieście swoje stoisko i wraca wieczorem. Co niektórzy handlują – kupują warzywa, owoce i piwa w sklepie nieopodal pierwszej plaży i sprzedaję je na trzeciej z 300% przebitką. Przeniesienie towaru przez 3 góry kosztuje 😉

Świat i przyjaciele
Świat i przyjaciele

Mieszkańcy miasteczka mają z hipisami ciekawy, niepisany układ – przywożą niechciane rzeczy pod schody w Babilonie. Czasem można tam znaleźć materace, łóżka, stoliki. Jaskinie są tu umeblowane jak domy. My ze Światem też coraz bardziej doświadczamy hojności miejscowych. Kiedy tu przybyliśmy byliśmy posiadaczami namiotu, karimaty i śpiwora. W tej chwili namioty mamy trzy(sypialnia, szafa i bawialnia 😀 ), Świat śpi na materacu a ja na stosie karimat, dorobiliśmy się też prysznica solarnego. Światek dodatkowo dostał zabawki do piasku i autko, którym jeździ po pustynnych bezdrożach.

gotowanie
gotowanie

Co do kwestii jedzeniowej –  my ze Światem chodzimy na zakupy i  gotujemy. Większość jednak mieszkańców nie wydaje na życie ani grosza. W miasteczku stoi hotel obok hotelu, które po codziennym żywieniu tysięcy ludzi wyrzucają ogromne ilości dobrego jedzenia. Niektóre z hoteli mają również niepisaną umowę z hipisami. O konkretnych godzinach zgłasza się pod dany hotel i otrzymuje pakowane w kartony, lub hermetycznie zapakowane pieczywo, owoce, warzywa, słoiki dżemów, miodu, napoje. Ulubionym rarytasem wszystkich są lody wystawiane codziennie o 23 pod jeden z hoteli. Czeka tam co wieczór kolejka ludzi z łyżkami  🙂 Poza tym turyści przechodzący przez plaże w celu poobserwowania życia hipisów często przynoszą jedzenie ze sobą i dokarmiają „wychudzonych, uśmiechniętych ludzi” 😉

Poznajemy tu ludzi z całego świata, porozumiewamy się w mieszance języków lub po prostu migowo – intuicyjnie. Fantastycznie jest przebywać wśród osób o głowach otwartych na tyle by nie istniały między nimi podziały ze względu na religię, kolor skóry czy kraj pochodzenia. W zasadzie dla nikogo tutaj nic takiego nie ma znaczenia. Jest Sheen, 75 letni Irlandczyk ze swoją przyjaciółką. Przylecieli na miesiąc. Ona ma ze sobą torbę pełną pięknych naturalnych perfum, kadzideł i kamieni, Sheen gra na bębnach. Jest chłopak z Iranu, który opowiada o tym jak ciężka jest sytuacja w jego kraju, jak niesprawiedliwie traktuje się ludzi, o tym, że ma dwójkę rodzeństwa niesamowicie utalentowanego muzycznie – brat robi karierę i nagrywa płyty, siostrze blokowany jest każdy ruch, który mógłby pomóc jej się wybić. Jest anarchista z Libii, który opowiada o tym, że najbardziej kocha rozmowy o polityce i walce z systemem, ale tu nie ma z kim ich prowadzić, bo w zasadzie na tej plaży nie ma się przeciwko czemu buntować i każdy kiedy on zaczyna swoje wywody odpowiada mu „ale rozejrzyj się dookoła, o jakim systemie mówisz?”. Jest grupa Hiszpanów, którym zupełnie nie przeszkadza to, że nie rozmawiam po hiszpańsku. Oni lubią mówić do mnie, więc przychodzą i mówią. Są Czesi, Polacy, Finowie, Słoweńcy, Węgrzy… wszyscy, którym we własnym kraju jest za zimno…a czasem i trochę za ciasno 😉

Świat w naszym "domu" ze swoim kumplem Shennem.
Świat w naszym „domu” ze swoim kumplem Shennem.

Uwielbiamy tu być. I biorę pełną odpowiedzialność za wypowiadanie się jako MY.

Dzień zaczynam od jogi, kąpieli w morzu i w zasadzie to już wystarcza by uśmiech do końca dnia nie znikał mi z twarzy. Myśl o tym, że żyję w tak pięknym i ciepłym kraju tylko uczucie szczęście potęguje.

Światek budzi się z szerokim uśmiechem. Codziennie doświadcza miliona nowych bodźców i po prostu szaleje ze szczęścia. Bawi się  piaskiem, gra na instrumentach, poznaje nowych kolegów i koleżanki, tapla się w wodzie, bawi grzechotkami z wielkiej, uschłej fasoli. Odkąd tu jesteśmy mam wrażenie, że jego rozwój pędzi – moje dziecko w ciągu 10 dni nauczyło się samo jeść owoce, machać (witają się z nim i machają do niego wszyscy więc kulturalnie odmachuje 😀 ), mówić „hola”i stawać! Jego dieta rozszerzyła się wspaniale choć nie rezygnujemy z gotowania kaszy jaglanej czy owsianki o poranku.

Jedyny minus tego miejsca, jedyny a jednak znaczący to to, że nie jest przystosowane dla samotnych mam z dziećmi pod względem infrastruktury 😉 Kiedy ma się przy sobie kogoś kto może pomóc przynieść wodę, przypilnować dziecka gdy idzie się wykąpać czy ponieść czasem plecak przez góry – to miejsce można nazwać rajem, może czyśćcem z plusem, ale kiedy jest się samemu – można mimo wszystkich wymienionych zalet zwyczajnie się zmęczyć. My powoli dobiegamy do tego etapu 😉

Niemniej jednak, jeśli zbłądzicie na Teneryfę z otwartą głową a bez zapasu gotówki – nie zginiecie. Wystarczy, że poszperacie w internetach lub spytacie Jacka Sparrowa. La Playa czeka 🙂

IMG_20170127_141523



Chcesz dowiedzieć się o kolejnych postach od razu jak się ukażą? Zapisz się do naszego newslettera!

Lubisz nas czytać? Pokaż nas swoim znajomym. Udostępnij!

7 Comment

  1. Przecudownie opisane… 🙂

  2. Iwona Siekierska says: Odpowiedz

    Jestem pod wrażeniem:) Opowiadanie cudowne, przeczytałam w całości 🙂

  3. Przepięknie napisane 🙂

  4. WiolaM says: Odpowiedz

    Dzieki za ciekawy post, terez bede tu zagladac czesciej 🙂

    1. honyte says: Odpowiedz

      zapraszam 🙂

  5. super, czytałam z wielką ciekawością,

    1. honyte says: Odpowiedz

      dzięki 🙂

Dodaj komentarz

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial