Jak nazywa się żona popa?

IMG_6308

Ot..i jest nauczka! By posty wrzucać, ale ich nie zapowiadać.
Obiecałam Wam wpis o festiwalach, wakacjach, podróży…
Wrzucę go, ale najpierw opowiem Wam co spowodowało, że obsuwa w jego wrzuceniu była tak spora.
Mam nadzieję, że usprawiedliwienie zostanie uznane.
Będzie to post z serii OSOBISTE acz element podróżniczy również się w nim pojawi.
Gatunek : horror.

Zastanawiałam się dość długo nad tym czy o TYM napisać. TYM czyli bardzo osobistych wydarzeniach  z ostatniego czasu.
Po dniach przemyśleń postanowiłam, że TAK, piszę. Dlaczego? Po to by wyrazić swój totalny zachwyt, wdzięczność, by przestrzec i dać pewne rady….

Lato.
Wolność, plecak, karimata, śpiwór, stary zenit.
Podróż bez planu. Autostop. Kierunek → Ukraina.
Zaczęło się przepięknie.
Na stopa nie czekałam dłużej niż kilka minut, w zasadzie samochody same się łapały 🙂 Jechałam przez Polskę, podziwiałam widoki, robiło się coraz przyjemniej, piękniej – wschodnio znaczy się.
Na granicy Pani spytała – dokąd?
Odpowiedziałam, że do Lwowa i już stąpałam po mojej ukochanej Ukrainie.
Nie byłam tu od dawna, ostatni raz wtedy, gdy hrywna kosztowała 50groszy. Pamiętam, że wydawał mi się to kosmicznie tani kraj. W tej chwili kurs to 18groszy. Była to kolejna, cudowna informacja tego dnia. Przy budżecie przeznaczonym na tę podróż oznaczało to,  że będzie ona mogła trwać kilka dni dłużej.
Zrobiłam pierwsze zakupy i ruszyłam do Lwowa.

IMG_6236

Podobnie jak w przypadku innych znanych miast, nie zamierzam rozpisywać się na temat tego co warto a czego nie warto we Lwowie odwiedzić. Wszystko warto…:)
Dla mnie to miasto jest trochę Krakowem – ze specyficznym klimatem, podobną zabudową, układem ulic, rynkiem; Trochę jamajskim gettem – z tą biedą a zarazem czymś ujmującym, rozczulającym, trochę Warszawą – z ludźmi, którzy przyjeżdżają tu z całego kraju jako do miasta o wielkich możliwościach, liczącymi na lepsze życie i wieloma innymi miastami. Jakaś taka dziwna, urzekająca mieszanka.
Generlanie – lubię <3

IMG_6112IMG_6117

Kupiłam kilka przysmaków – suszoną tarankę, gumiaste, pyszne, suszone kalmary, słodycze i ruszyłam do zaprzyjaźnionego hostelu.
Tu pierwsza niespodzianka. Adres znam, hostel zaklepany, ale…to nie ten.
Bywałam w nim już kilkakrotnie, uwielbiałam klimat i wystrój…nazywał się Old Soviet Home.

IMG_5965 IMG_5948 IMG_5888 IMG_5881
Przekonana, że jednak pomyliłam adresy pytam o swój hostel i dowiaduję się, że jestem na miejscu. W Holywood Hostel. Zrobiono remont – zmieniono nazwę. Teraz z ducha dawnych czasów nie zostało nic, wiszą natomiast wyszukane plakaty – z filmu „Titanic”  czy „śniadanie u Tiffaniego”. Wow! Hostel stał się totalnie nijaki, brzydki, bez ducha.     Nie lubię zmian…

Do rzeczy.

Pochodziłam po mieście nocą i w dzień. Zachwycałam się atmosferą, pierogami, pielmieniami, czeburekami, wódką i słoniną, wszystkim! Spacerowałam po parkach, dachach, alejkach.
Zamarzyłam sobie, że wejdę do jakiejś restauracji i powiem „ ja tolko szampanskoje                i kawior” 😉
Było idealnie. Totalnie.

IMG_6319 IMG_6312 IMG_6308 IMG_6206  IMG_5771 IMG_0524

Poznałam grupę muzykantów. Fajni, sympatyczni chłopcy. Posiedziałam z nimi trochę, porozmawialiśmy… okazało się, że tak jak ja robią fire-show. Umówiliśmy się późnym wieczorem na barbakanie.

Zrobiłam pokaz jeden, drugi. Bawiliśmy się pięknie, zapowiadał się cudowny wieczór!
Jak mawiają…do trzech razy sztuka.
Przy rozpoczęciu trzeciego pokazu usłyszałam bum. Poczułam gorąco….usłyszałam krzyk, wrzask, biegłam – biegli za mną jacyś ludzie. Płonęłam.
Trwało to prawdopodobnie kilka sekund – dla mnie była to wieczność.
Ktoś mnie ugasił, ktoś lał na mnie zimne piwa, ktoś inny dzwonił po karetkę czy biegł po pantenol.
Wszystko działo się bardzo szybko.
Przyjechała karetka- panowie zaśmiewali się. Wzięto mnie do szpitala. Zarówno Panowie z karetki jak i lekarz w szpitalu kazali sobie słono zapłacić…Zapłaciłam – nie był to czas na walkę z łapówkarstwem. Lekarze nie zrobili nic. Wysmarowali mi buzię maścią, którą sama kupiłam i odesłali.
Nie miałam twarzy. Nie miałam ucha. Nie miałam dekoltu. Nie miałam części włosów.
Totalnie zszokowana, w jakimś przedziwnym stanie poszłam spać.
Rano – podróż do Polski.
Zorganizowanie tego gdy nie ma się a)twarzy b) pieniędzy wydawało mi się niemożliwością…a jednak.
Marszrutka. Kilkugodzinna podróż z masą ludzi, w upale.
Granica – zero pomocy.
Polska. Karetka. Morfina. Szpital w Przemyślu. Bum.
Szpital, do którego trafiłam nie był zły – był biedny. Personel uprzejmy i chcący pomagać – bez sprzętu jednak. Jeden chirurg, masa potrzebujących. Ponownie wysmarowano mi twarz maścią i ogłoszono – nic więcej nie jesteśmy w stanie zrobić. Poleży pani kilka dni     i do domu… Gdybym posłuchała tej rady mogłabym po wyzdrowieniu zacząć szukać pracy w domu strachów…
I tu zaczęły dziać się cuda. Przyjaciele, rodzina, znajomi – wszyscy zaczęli wyszukiwać opcji na to jak można mi pomóc. Odpowiedź jedna – Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich.
Przemyśl nie miał funduszu na transport – trzeba było go zorganizować samodzielnie, lekarzom udało się jednak przekonać Siemianowice do przyjęcia mnie. To była jedna z wiadomości z serii – najcudowniejsze w życiu <3
Przyjaciółka pędząca 200km/h przez Polskę, wioząca mnie nocą..i jesteśmy.
Wyglądałam jak zegar z obrazu Salwadora Dali „Trwałość pamięci”. Rozpływający się człowiek.

I tu dochodzę do tego o czym naprawdę chciałam napisać.. ( Muszę popracować nad skracaniem wstępów 😉

Centrum Leczenia Oparzeń, Siemianowice Śląskie.
Na Izbie Przyjęć oglądali, pytali, byli przerażeni. Pytali dlaczego Przemyśl nie przysłał mnie tu od razu, nie wierzyli, że nie wysłali mnie karetką. Pierwsza rzecz, która mnie uspokoiła to werdykt lekarzy : „procedura standardowa”. Nie wiedziałam co to znaczy, ale sam fakt, że coś, co oglądano dotychczas w dwóch szpitalach, co przerażało tu jest uznane za „standard” dało mi masę nadziei.
Zostałam zabandażowana jak mumia, podłączona do kroplówek i zawieziona na salę – swoją, osobistą, spokojną.
Nie wiem jak, nie potrafię chyba tego wszystkiego opisać.
Szpital, w którym zupełnie nie czujesz się jak w szpitalu. Tu nawet tak nie pachnie.
Nie ma sal – są pokoje, ładne, przyjemne, dwuosobowe.
Sprzęt leczniczy jest ultranowoczesny za to oszczędzono na rzeczach, które nie mają znaczenia – starsze łóżka, czy wózki do rozwożenia leków.
Personel, CAŁY, jest profesjonalny a zarazem przemiły, delikatny, zwyczajnie ludzki. Do każdego pacjenta podejście jest indywidualne, dla każdego ma się czas, oprócz tego co „trzeba zrobić” wszyscy pytają czy w czymś pomóc, czy potrzeba czegoś więcej, rozmawiają, mają czas.
Lekarze – niesamowici. Ich podejście nie ogranicza się do tego, że u pacjenta trzeba wyleczyć jedną dolegliwość, tą, którą zgłosił. Badają kompleksowo, leczą i dbają o najmniejszy szczegół – o to by to wszystko ładnie wyglądało, by nie było najmniejszych blizn, byś psychicznie mógł czuć się równie dobrze jak fizycznie.
Jest to klinika zrobiona „z głową”. Od A do Z.

Co do mojego przypadku – okazało się, że jedna operacja i terapia hiperbaryczna wystarczą. Nie wierzyłam i gdyby nie to, że doświadczyłam tego osobiście – chyba nie potrafiłabym uwierzyć, że w ciągu kilku dni, za pomocą jednej właśnie operacji można tak pięknie komuś pomóc. Buzia jest uratowana 🙂 Fakt, że przez rok nie wolno mi przebywać na słońcu, że muszę baaardzo uważać, ale jedno jest pewne – straszyć nie będę. Cuda, cuda, cuda!

Robi się coraz to bardziej osobiście..no ale!

Słyszałam często od osób, które przeżyły raka, poważny wypadek, czy po prostu sytuację, w której ma się poczucie, że staje się oko w oko z Nią, że „urodziły się na nowo”, zmienił im się punkt widzenia itd. Dla mnie zawsze wydawało się to nieco przerysowane, nadmuchane…wielkie słowa, których znaczenia nie pojmowałam.
No to pojęłam. Totalnie. Zmienia się perspektywa, zmienia się patrzenie na świat i całe życie. No bo kto budząc się rano cieszy się z tego, że ma twarz, oko, usta? Raczej patrzymy w lustro i marudzimy jacy jesteśmy brzydcy, jaką krzywą mamy fryzurę, tu wąsik, tam łysina – wszystko nie takie jak byśmy chcieli. Nie życzę nikomu złych doświadczeń – życzę każdemu otwarcia oczu, radochy i zachwycenia się życiem 🙂

Na zakończenie historia z wczoraj:

Siedzimy na ławce przed szpitalem, różni ludzie, wiek różny, nie znamy się.
Pada pytanie, którego używa się tu najczęściej w celu zapoznania się : „ co Ci się stało?”
-mi? Wybuch oparów benzyny. Odpowiadam. A Wam?
-Szłam po pokrzywy, pole było wykoszone…nie zauważyłam, że już zaczął odrastać i ma nowe, małe kwiatki.. – odpowiada Pani, która nogi ma pozawijane w bandaże od kostek po uda. Pani nie należy do najgrubszych, ale nogi ma jak kłody – tak napuchnięte. Leczy się tu już od dwóch tygodni i nie ma już zagrożenia życia, ale wielkiej poprawy też jeszcze nie widać. Co ją poparzyło? Barszcz. Barszcz Sosnowskiego ( To jednak nie tylko medialna ściema – okazuje się. Ostro!)
-My? Wybuch metanu w kopalni – odpowiadają dwaj młodzi górnicy. Już wszystko jest prawie ok, twarze ładne, większość ciała uratowana, tylko przeszczepy gdzieniegdzie nie chcą się przyjąć. Jeden boi się, że mogą mu uciąć rękę.
-Mi wrzątek się wylał na twarz – opowiada Pani Mumia, która przyjechała przedwczoraj. Jest to przypadek ciężki o tyle, że Pani jest w siódmym miesiącu ciąży. Nie można jej podać wielu leków, zrobić operacji takich jakie miała większość z nas, ale lekarze z CLO walczą, kombinują a my wiemy i zapewniamy Panią o tym, że będzie dobrze, na pewno coś wymyślą.
-Jako ostatni odzywa się Pan Trochę Żul. Twarz ma całą, ale..jest to jedyna niepoparzona u niego część ciała. Reszta to oparzenia od pierwszego do czwartego stopnia, planowane jest kilka przeszczepów…Opowiada o tym, że upił się trochę i zasnął w altance w katowickim parku. Przyszli „ćpuny, chuligani” – mówi Pan i go podpalili. Ot tak.

Nie ma tu lekkich przypadków. Są ludzie bez nóg, rąk, po trzydziestym przeszczepie, który właśnie się nie przyjął..przeróżni. Najciekawsze i najpiękniejsze jest to, że nie ma przegranych – to miejsce wytwarza taką atmosferę, że wszyscy wierzą, że się uda, że będzie OK. Nie ma smutku, łez, użalania się nad sobą – jest wiara i nadzieja.

Dla mnie MIAZGA!
Jeśli ton tego postu jest zbyt moralizujący czy zalatuje Wam tu katechezą to sorry, ale nie mogłam się powstrzymać. Chciałabym by wszyscy otworzyli oczy, zobaczyli jak jest pięknie, słonecznie, letnio, zdrowo! Zobaczyli wszystko co mają i zamiast marudzić zaczęli cieszyć się wszystkim po prostu!

Serio.

Ja latam! (wszystkie leki mam już odstawione 😉 ) Cuda,cuda, cudeńka!

PS. Dzięki WSZYSTKIM za ogromną pomoc i wsparcie w ostatnich tygodniach <3 <3 <3

PS2. Benzyna jest niebezpieczna. Serio.
PS3. Miała być też rada : Kupcie polisy na życie. 12Zł miesięcznie to nie jest wydatek….a jednak coś takiego, co zawsze wydawało mi się totalną pierdołą bardzo, ale to bardzo może się przydać.

Amen.

2 Comment

  1. AF says: Odpowiedz

    popłakałam się czytając. Pięknie napisane, piękna historia :* Dużo zdrowia!

  2. eloja says: Odpowiedz

    Też mnie łzy pociekli….

Dodaj komentarz

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial